Per vaginam ad astra

Wpisy z tagiem: mielec

środa, 17 listopada 2010

Spotykam się z opiniami całkiem rozsądnych i czasami uczciwych ludzi, że tu, na Podkarpaciu, gdzie mam nieszczęście mieszkać od kilkunastu lat, w tej Polsce B albo C (takie rozmiary notabene preferuję u kobiet) dziewczyny są brzydkie. Na dodatek teraz, w czasie tej całej przedwczesnej szopki wyborczej, bo przecież szopki to na Boże Narodzenie, ludzie sugerują mi, że na tym zadupiu politycy lokalni urastają do rangi kacyków. A ich twarze na plakatach są po prostu brzydkie, nawet połowa z nich wygląda jakby właśnie była na detoksie. Bo wóda pośród samorządowców leje się strumieniami. To fakt, myślę, że ma to swą genezę w nudnych urzędniczych czasach monarchii austro – węgierskiej. Czas tu płynął, jak i dziś, wolniej. Więc pijaństwo było lekiem na tę nudę. Przedłużający się czas ma tę zaletę, że subiektywnie żyjemy dłużej.. Zauważcie, że godzina w kolejce do lekarza jest dłuższa od godziny spędzonej w barze przy piwie z kumplami.
Nie chcę tu nikogo reklamować i nie będę, ale, wbrew pozorom, wybory samorządowe mają większe strategiczno – taktyczno – operacyjne znaczenie dla szaraczka, niźli te parlamentarne. Stąd obciach płynący z szopek i reklamy kandydatów na lokalnych kacyków jest większy. I podtrzymuję swe określenie casas pavosas dla procederu wyborczego.

Jeśli zaś chodzi o podkarpackie kobiety, to istotnie, są one poniżej średniej krajowej w swej krasie. Ma to swe głębsze przyczyny: te ładniejsze jadą w świat, a świadomość seksualna jest tu niższa, odwrotnie proporcjonalna do wpływów Kościoła. Ta ujemna korelacja sprawia, że te w miarę, szybko wychodzą za mąż, rodzą dzieci, potem tyją i przestają dbać o siebie.
Całkiem niedawno spacerowałem po ulicach Mielca i Rzeszowa, i postanowiłem zrobić fotkę najładniejszej napotkanej kobiecie. Oto ona:

laska z Podkarpacia
laska z Podkarpacia

Życie na zadupiu ma swe uroki. Szybko poznaje się miejsca i ludzi, żyje się dłużej, bo z powodu nudy czas płynie wolniej. Urzędnicy są milsi, bo dbają o swe posady, zupełnie jak za Jego Cesarskiej Mości Franciszka Józefa. Policjanci są grzeczni, bo trudno tu o takową posadę. Nie to co w Warszawie, gdzie stróże, pożal się boże, prawa, zachowują się tak, jakby chcieli upodobnić się do postaci z seriali czy Brudnych Harry’ch albo innych poruczników złych.

Zaczynam, na stare lata lubić to miejsce, choć długo nie mogłem się przyzwyczaić. Ale nawet Shawshank można polubić, jeśli wierzyć ckliwym opowieściom. Będę pisał tu czasem o lokalnych sprawach, którym przecież przyglądam się z bliska. Pewnie tu całkiem się zestarzeję, nie prysnę do Wyoming. Marzenia i sny o tym by zwiać są lepsze niż sama ucieczka, która przecież może nas zawieść. Tak jak zawodzą nas audytorium i przyjaciele.

sobota, 13 listopada 2010

Albo: Don't play your rockendroll to me in Mielec.

W Wenezueli mianem casas pavosas określa się rzeczy w najgorszym guście. Opowiadał mi o tym Márquez w swym Morzu utraconych opowiadań. Są to rzeczy zwane w naszym języku obciachowymi, niegodnymi człowieka, który macał się choćby z kulturą. Fajans i popelina w jednym. To takie coś jak: flaki w pucharach, kochanie się w skarpetkach, pisanie blogów, robienie, w miejscach publicznych, tak zwanych kulek z wydzieliny nosowej, jeżdżenie po mieście suvem itd., itp.
Niewątpliwie do casas pavosas należą wybory, te samorządowe zaś w szczególności. Miasta obwieszone nieznanymi, brzydkimi twarzami, szumne obietnice. Te flary przypominają mi odpustowe stragany z dzieciństwa, korkowce, latawce, wiatr...
Jak to w polityce, większej czy mniejszej, wybieramy mniejsze zło. Jesteśmy bankiem, a kandydaci zaciągają u nas kredyty, których najpewniej nigdy nie spłacą. Dziś piszą do nas listy, uśmiechają się chytrze i szczurzo z plakatów, za parę tygodni będą nas mieć tam, gdzie my możemy pana majstra w dupę pocałować.

Tu – odkąd mieszkam od kilkunastu lat – w Mielcu prezydentem (gdybym się wymeldował, byłby tylko burmistrzem) jest Janusz Chodorowski i będzie po wyborach. Więc szkoda zaśmiecać miasto i tracić pieniądze. Przyznam szczerze, że o tym, kto tu jest prezydentem, dowiedziałem się niespełna rok temu, przy okazji otwarcia nowego basenu. Ucieszyłem się na ten fakt, bo basen jest fajny, ja zaś mogę tam siedzieć godzinami i oddawać się cudownemu zajęciu: sikaniu do jacuzzi.
Mielec nie jest taki zły, odkąd zaczynam go poznawać, odkrywam tu różne ciekawe rzeczy. Chyba nie jest też źle rządzony, bo widuję gorzej wyglądające miasta w pobliżu. Choć na tym zadupiu, gdzie nie jeżdżą pociągi, trudno mówić o istnieniu jakiegoś pobliża w ogóle.
Ja nie pamiętam tu pociągów wcale, całkiem możliwe, że ostatni odjechał o trzeciej dziesięć do Yumy albo wyjechał z Gun Hill i jeszcze nie dojechał.

Do wyborów pewnie nie pójdę, ale tym razem, po raz pierwszy, zainteresowałem się kandydatami. Pomyślałem, że skoro pan Chodorowski rządzi tu już 14 lat, a młodym człowiekiem nie jest, to przydałaby się i jemu, i nam, zmiana perspektywy. Nie znaczy to, że jest złym politykiem, znam gorszych, ale 14 lat to kupa czasu. I są przykłady w polityce, gdzie rządzący pełnili swe urzędy dłużej, choćby Jego Cesarska Mość Franciszek Józef czy Leonid Breżniew. Ich kraje miały się dobrze, choć obaj wykorkowali podczas wykonywania obowiązków. I nie chciałbym, by tak stało się w Mielcu.

A skoro wspomniałem o monarchii i o najtrwalszym związku w historii, to nasuwa się pytanie czy burmistrzom i prezydentom, którzy tak długo pełnią urzędy, nie nadawać tytułów książęcych, które byłyby dziedziczne. Wybory mijają się z celem, a centrum miasta Mielca, przy Niepodległości i tak wygląda jak Luksemburg, albo przynajmniej Vaduz w Księstwie Liechtensteinu. Same banki. Chyba cała paleta tego dziadostwa z telewizyjnych reklam. Afiszują się jak pawie, choć przecież banki powinny być dyskretne i budzące zaufanie.
Z drugiej strony taki ktoś pełniący urząd od lat, jest ustawiony, nasycony, nowemu zaś musielibyśmy od nowa fundować dom z ogrodem, wypasione bryki i udziały w firmach.
Nie, absolutnie nie chcę tu reklamować pana Chodorowskiego, ale osiągnął on już status emerytalny, a zapewne dręczą go choroby związane z wiekiem, stąd nie myśli on już o sobie, a bardziej o dziedzictwie i rzeczach ostatecznych, o tym, co po sobie zostawi dla potomnych.

Mam pewne wątpliwości czy pisząc ten tekst, w dodatku na blogu, sam nie wpadam w paradoks casas pavosas. Dawno nie pisałem, a podstawowym problemem każdego blogopisacza jest to, że kiedy ten nic nie pisze, jego teksty nie ukazują się na łamach blogoprzestrzeni.

niedziela, 03 stycznia 2010
Pewne miejsca stworzone są do tego by żyć li tylko we wspomnieniach i pozwalać nam na idealizującą je przeróbkę plastyczną.
Zakładki:
Linki
Pajacyki






site statistics