Per vaginam ad astra

Wpisy z tagiem: wybory samorządowe

sobota, 13 listopada 2010

Albo: Don't play your rockendroll to me in Mielec.

W Wenezueli mianem casas pavosas określa się rzeczy w najgorszym guście. Opowiadał mi o tym Márquez w swym Morzu utraconych opowiadań. Są to rzeczy zwane w naszym języku obciachowymi, niegodnymi człowieka, który macał się choćby z kulturą. Fajans i popelina w jednym. To takie coś jak: flaki w pucharach, kochanie się w skarpetkach, pisanie blogów, robienie, w miejscach publicznych, tak zwanych kulek z wydzieliny nosowej, jeżdżenie po mieście suvem itd., itp.
Niewątpliwie do casas pavosas należą wybory, te samorządowe zaś w szczególności. Miasta obwieszone nieznanymi, brzydkimi twarzami, szumne obietnice. Te flary przypominają mi odpustowe stragany z dzieciństwa, korkowce, latawce, wiatr...
Jak to w polityce, większej czy mniejszej, wybieramy mniejsze zło. Jesteśmy bankiem, a kandydaci zaciągają u nas kredyty, których najpewniej nigdy nie spłacą. Dziś piszą do nas listy, uśmiechają się chytrze i szczurzo z plakatów, za parę tygodni będą nas mieć tam, gdzie my możemy pana majstra w dupę pocałować.

Tu – odkąd mieszkam od kilkunastu lat – w Mielcu prezydentem (gdybym się wymeldował, byłby tylko burmistrzem) jest Janusz Chodorowski i będzie po wyborach. Więc szkoda zaśmiecać miasto i tracić pieniądze. Przyznam szczerze, że o tym, kto tu jest prezydentem, dowiedziałem się niespełna rok temu, przy okazji otwarcia nowego basenu. Ucieszyłem się na ten fakt, bo basen jest fajny, ja zaś mogę tam siedzieć godzinami i oddawać się cudownemu zajęciu: sikaniu do jacuzzi.
Mielec nie jest taki zły, odkąd zaczynam go poznawać, odkrywam tu różne ciekawe rzeczy. Chyba nie jest też źle rządzony, bo widuję gorzej wyglądające miasta w pobliżu. Choć na tym zadupiu, gdzie nie jeżdżą pociągi, trudno mówić o istnieniu jakiegoś pobliża w ogóle.
Ja nie pamiętam tu pociągów wcale, całkiem możliwe, że ostatni odjechał o trzeciej dziesięć do Yumy albo wyjechał z Gun Hill i jeszcze nie dojechał.

Do wyborów pewnie nie pójdę, ale tym razem, po raz pierwszy, zainteresowałem się kandydatami. Pomyślałem, że skoro pan Chodorowski rządzi tu już 14 lat, a młodym człowiekiem nie jest, to przydałaby się i jemu, i nam, zmiana perspektywy. Nie znaczy to, że jest złym politykiem, znam gorszych, ale 14 lat to kupa czasu. I są przykłady w polityce, gdzie rządzący pełnili swe urzędy dłużej, choćby Jego Cesarska Mość Franciszek Józef czy Leonid Breżniew. Ich kraje miały się dobrze, choć obaj wykorkowali podczas wykonywania obowiązków. I nie chciałbym, by tak stało się w Mielcu.

A skoro wspomniałem o monarchii i o najtrwalszym związku w historii, to nasuwa się pytanie czy burmistrzom i prezydentom, którzy tak długo pełnią urzędy, nie nadawać tytułów książęcych, które byłyby dziedziczne. Wybory mijają się z celem, a centrum miasta Mielca, przy Niepodległości i tak wygląda jak Luksemburg, albo przynajmniej Vaduz w Księstwie Liechtensteinu. Same banki. Chyba cała paleta tego dziadostwa z telewizyjnych reklam. Afiszują się jak pawie, choć przecież banki powinny być dyskretne i budzące zaufanie.
Z drugiej strony taki ktoś pełniący urząd od lat, jest ustawiony, nasycony, nowemu zaś musielibyśmy od nowa fundować dom z ogrodem, wypasione bryki i udziały w firmach.
Nie, absolutnie nie chcę tu reklamować pana Chodorowskiego, ale osiągnął on już status emerytalny, a zapewne dręczą go choroby związane z wiekiem, stąd nie myśli on już o sobie, a bardziej o dziedzictwie i rzeczach ostatecznych, o tym, co po sobie zostawi dla potomnych.

Mam pewne wątpliwości czy pisząc ten tekst, w dodatku na blogu, sam nie wpadam w paradoks casas pavosas. Dawno nie pisałem, a podstawowym problemem każdego blogopisacza jest to, że kiedy ten nic nie pisze, jego teksty nie ukazują się na łamach blogoprzestrzeni.

Zakładki:
Linki
Pajacyki






site statistics