Per vaginam ad astra

Wpisy z tagiem: sierżant

sobota, 02 lutego 2008

 

Opublikowany w Raport z umierania na czacie by procesVII w dniu listopad 6th, 2007

wood hangman Historia zna wielu sierżantów. Słowo to ma dla mnie miłe brzmienie, dźwięczy też ładnie w innych językach. Poza pewną szorstkością, wynikającą ze znaczenia, ma miłą, melodyjną kolorystykę. A jaki może być najpiękniejszy dzień życia dla sierżanta, który był katem?
Sądzę, że dla sierżanta, a właściwie starszego sierżanta (Master Sergeant) Johna C. Woodsa (na zdjęciu obok), najpiękniejszym dniem, a właściwie nocą, była ta 16 września 1946 roku. Tak też niedługo potem miał powiedzieć ten urodzony w San Antonio zawodowy kat. W swojej piętnastoletniej karierze kata wykonał 347 wyroków śmierci, ale wspomniana noc była wyjątkowa, albowiem Teksańczyk powiesił, między 1.01 a 2.46 tego dnia, skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze takich tuzów III Rzeszy jak: Hans Frank, Wilhelm Frick, Alfred Jodl, Ernst Kaltenbrunner, Wilhelm Keitel, Joachim von Ribbentrop, Alfred Rosenberg, Fritz Saucke, Arthur Seyss-Inquart, Julius Streicher. Hermann Goering i Martin Bormann uniknęli przygotowanej przez niego pętli. Zlecenie sądu opiewało na tuzin, Woods nie wykonał go kompletnie, bowiem dwóch ze skazanych, z różnych przyczyn, nie stawiło się na egzekucję.

Kat musi przygotować sznur, zważyć skazanego, czasem wykonać próbę z workiem. Przykładowo do niedawna w Polsce, taki sznur po przygotowaniu go przez kata, deponowano w zalakowanej kopercie. Przy tej metodzie wykonywania wyroków śmierci stosuje się zapadnię i opracowany w Wielkiej Brytanii tzw. “długi sznur”. Po odsunięciu zapadni, skazany opada, sznur się napręża i następują: przerwanie rdzenia kręgowego na odcinku szyjnym, natychmiastowa utrata przytomności i śmierć. Nie wiem dlaczego wieszani w tym dniu przez sierżanta delikwenci wisieli po kilkanaście minut. Sądzę, że wynikało to z jakichś, nieznanych mi procedur. Po śmierci mogło bić jeszcze serce, więc jeśli lekarz na tej podstawie stwierdzał zgon, to zostawiano zwłoki skazańca na jakiś czas wiszące. Woods wykonywał wyroki na dwóch szubienicach, te średnie pięć minut między egzekucjami, starczałoby mu na wypalenie papierosa. Niestety nie wiem, czy Teksańczyk palił. Nie wierzę różnym ludziom, którzy dziś twierdzą, że skazani naziści dusili się w męczarniach przez te kilkanaście minut. Bo takie legendy też krążą.
Franz Kafka pisał, że “kat ma zawsze złą reputację”, ale Woods wykonywał zlecenie, może rozkaz Trybunału Wojskowego, być może najbardziej znanego i uznanego sądu w historii świata. Trybunału, który uznał też za zbrodnicze takie organizacje jak: SS, Gestapo, część NSDAP oraz SD. I my ten wyrok po dziś dzień akceptujemy, respektuje go ogromna większość cywilizowanego świata. Z relacji świadków, którzy znali sierżanta, a właściwie starszego sierżanta, urodzonego w 1903 roku, kata Trzeciej Armii Stanów Zjednoczonych, wynika, że dla Jamesa Woodsa był to najlepszy dzień w życiu. Z mojego punktu widzenia był to na pewno najważniejszy dzień w jego życiu.

Tak jak dla zmarłego przed kilkoma dniami Paula Tibbetsa, najważniejszym dniem musiał być 6 sierpnia 1945 roku, kiedy pilotował superfortecę B-29 nazwaną przez niego, od nazwiska panieńskiego jego matki Enola Gay, kiedy jego bombardier zwolnił przełącznik i Little Boy opuścił luk bombowca. Takiej egzekucji chyba już nigdy nie zanotowano, bowiem w ciągu kilku chwil poranka, zabito 80 tysięcy, a według źródeł japońskich nawet 140 tysięcy ludzi. Egzekucja była dość przypadkowa, bowiem dowództwo USAF brało pod uwagę też inne miasta: Kukurę i Nagasaki, a także początkowo Niigatę. Nagasaki pozwolono jeszcze żyć przez kilkadziesiąt godzin, a dla mieszkańców Hiroszimy piękne i bezchmurne niebo było wyrokiem śmierci, bowiem meteorolodzy Amerykańskich Sił Powietrznych uznali, że to miasto nada się najbardziej do promiennej egzekucji. Gdyby mieszkańcy miasta wiedzieli co ich czeka, może modliliby się do ich Boga o gorsze niebo. O to by padał wieczny deszcz, by zawsze było ciemno i słońce niewidoczne, nigdy nie eksplodowało.
Co ja bym zrobił, gdybym znalazł się na te kilka minut w ciele Paula Tibbetsa, czy może jego bombardiera Thomasa W. Ferebee? Gdybym jakimś cudem cofnął czas, by móc się znaleźć 10 500 metrów nad Hiroszimą, przy prędkości maszyny 440 km/h? Widziałbym w dole snujące się o poranku miasto, miniaturowe uliczki, domki jak w dziecięcych klockach. Czy “pomyliłbym się” i otwarł później luk, czy powiedziałbym chłopakom, że jednak wracamy, że coś nie tak z bombą? Symulowałbym awarię silników i nakazał wrzucić bombę do oceanu? Wtedy ten dzień, nad pięknym, słonecznym niebem Hiroszimy byłby też najważniejszym i najpiękniejszym dniem mego życia. Ale nikomu nie mógłbym o tym powiedzieć. Musiałbym to nosić w sobie do końca życia, żeby przeżyć. To byłby warunek konieczny mego przetrwania i zachowania tej cudownej kompozycji: miniaturowego miasta pode mną, czystego nieba, jak w dziecięcych baśniach i uśmiechniętego chłopaka z mojej załogi, unoszącego do góry kciuk. Kciuk, który mówi, że wszystko jest dobrze, że już za chwilę będzie jeszcze jaśniej.
Bo pamiętam, że te literki Żółtków brzmią jak słowo “dobrze”, kiedy zsumuje się znaczek przedstawiający kobietę i symbol dziecka. Wtedy taka kompozycja znaczków w języku mandaryńskim znaczy, że jest dobrze. A pisząc “dziecko”- sam nie wiem dlaczego- wyobrażam sobie małego chłopca.

proces

Zakładki:
Linki
Pajacyki






site statistics