Per vaginam ad astra

Rotlichtmilieu

środa, 02 grudnia 2009
Rodzaj prostytucji to inny, bo bardziej w sferze słów i myśli, nierzadko poglądy falują bardziej niż miękkie biodra i jasne piersi płatnej dziewczyny.
wtorek, 03 listopada 2009

Julio Cortázar pisał w jednym ze swych szkiców czy esejów, że w literaturze iberoamerykańskiej (łacińsko - amerykańskiej) to jak i o czym warto pisać, zaczyna się od Borgesa. Bo to on wyznaczył poziom, poniżej którego nie warto się pisarzowi trudzić.
Można się zastanawiać, co byłoby, gdyby. Jeśliby Borgesa nie było, nie byłoby Cortázara. A może gdyby ten ostatni i nie znał, i nie czytał "Alefa" czy "Fikcji", wyzbyłby się kompleksu Borgesa i tworzyłby całkiem inną, niepoprawną - ibero – politycznie literaturę. Być może.
I nie ma tu znaczenia co sądzę o obu pisarzach, bo to, że obydwu uwielbiam, nie ma przecież sensu dla początku i pointy mojej notatki. A te czytane są najchętniej (często jedynie) przez blogoczytaczy.
Julio Cortázar nie mógł nie znać Jorge Luisa Borgesa, bo żył nieco po nim (choć żył krócej i zmarł wcześniej) i był – tak jak ostatni – Argentyńczykiem. Dziś też nie da się nie znać pewnych rzeczy, usłyszeć o nich, mieć choćby pobieżne pojęcie o pewnych ludziach.

Pisząc blog, możemy, prędzej bądź później, dojść do wniosku, iż nie warto pisać o rzeczach, o których napisali już inni i zyskali dzięki temu uznanie komentatorów i wyszukiwarek. Takie coś może nas zniechęcić, bo znany blogopisacz może mieć mniejsze pojęcie o konkretnej sprawie, ale i tak do niego trafią czytający. Może pisać słabo, gorzej, nawet byle jak, ale czytając go, zerkamy nań ze świadomością, iż uznanym i popularnym blogrerem jest i ma zachwycać. Od tego kompleksu może nas uwolnić jedynie zdyscyplinowane i konsekwentne nieoczytanie blogów, a może i nawet żadnych sieciowych publikacji. Sam zauważyłem pewien paradoks, który najpewniej jest wyjątkiem od reguły: kiedy zaprzestałem czytania i komentowania blogów, nie komentowałem żadnych forów, nie czytałem w sieci niczego, poza niezbędnymi mi informacjami o rynkach finansowych i pogodzie, moja pozycja w wyszukiwarce, której imienia nadaremno wymieniać nie będę, zaczęła rosnąć. Pisałem jeden, dwa teksty na miesiąc, a lokalny ranking mi wzrastał. Nie wnikam w to czy to paradoks, czy odstępstwo od reguły.

Gdyby ktoś próbował takich eksperymentów, nawet całkiem przypadkowo, zalecam umiar. Nadmierna popularność oscyluje na granicy zawiści innych, piszących blogaski, a także zwraca uwagę administracji, która może przyjść i zażądać haraczu albo uległości. Ja dywersyfikuję swój portfel blogowy, piszę na kilku blogach, w różnych platformach. A gdy zaczynam się nadto - wiem, że dzieje się to zupełnie przypadkowo - wznosić ponad bezpieczny pułap, zatrzymuję się, przenoszę w inne miejsce. By nie budzić zbędnych podejrzeń u kontrolerów blogowych lotów.

Samo pisanie krótkich impresji, pamiętników przeznaczone jest dla pośledniej i amatorskiej ligi literatów, ludzi o słabej pamięci i niezdolnych do odtworzenia prawdy. Choćby po latach. Powieść to jest wyzwanie! Konsekwentna, zgodna z regułami logiki i matematyki. Blogowa notatka może żyć jasno i kwieciście, eksplodować flarami popularności, a za parę dni, ten sam autor, napisze coś zupełnie odwrotnego, a o tamtym wybuchu już nikt nie będzie pamiętał, nawet on sam, że przecież miał zupełnie inne zdanie w danej sprawie.

Ale tak właśnie miało być, miałem przejść sobie, tym długim niepotrzebnym spacerkiem przez blogoprzestrzeń, przez jej kiczowate i sztuczne alejki, by dojść do wniosku, jak ważni byli dla mnie mistrzowie literatury z licealnej młodości. Teraz wracam do nich, nadrabiam. Czytam wszędzie, w oczekiwaniu w wielogodzinnych kolejkach u lekarzy, by uzyskać upragnioną receptę na zbawienny i antyświński rutinoscorbin. Na fotelu u dentysty czytam Nabokova i żałuję, że nie mogę robić tego na głos. W kolejce w agencji towarzyskiej, moje zniecierpliwienie, aż wywołają mój numerek, wypełnia Philip Roth. Ale nie opowiadam tego opalonej, pachnącej kadzidłem dziewczynie, dla której jestem anonimowym klientem. Nie przeszkadzam jej w pracy, ale wiem na pewno, że nie czytała tych książek co ja, a już na pewno tych samych blogów. Tych ostatnich nie czytała z pewnością żadnych.
Wychodzę w słoneczne, prawie mroźne, listopadowe powietrze i dziękuję wszystkim kolorowym pismom i dodom, wojewódzkim, i ibiszom. Dziękuję błogosławionym serialom i popularnym, znamienitym blogerom, że zmusili mnie do ucieczki, że doceniłem tę błogą nieświadomość ich istnienia i kompletny brak zainteresowania nimi. Prostuję się i patrzę uśmiechnięty na spadające liście. Kocham jesień, bo jest jedyną kobietą pośród pór roku, której imię nie kończy się na "a".Nie zwróciłem uwagi dziś rano w lustrze, ale na pewno mam na skroni parę siwych włosów, które błyszczą w tym listopadowym, ostrym słońcu.

 

poniedziałek, 19 października 2009
Tak sobie myślę, że gdyby Polańskiego uniewinniono, wielu znanych artystów, polityków mogłoby dokonać tego typu coming outu. Przyznać się do takowych relacji z przeszłości.
czwartek, 08 stycznia 2009
Dziś rano, skoro świt, czyli jakoś koło południa, znalazłem informację w sieci. Była to rzecz o marzeniach Scarlett Johansson. Ona chciałaby zagrać burdel mamę, w klasycznym westernie. No wiecie: te salony, wyzywające panienki, które stanowią tło dla twardzieli. No a kowboje często się zakochują w tych - pozornie tylko rozwiązłych - wrażliwych kobietach.
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Siedemdziesiąt dziewięć lat, jedno długie, ludzkie życie. W zasadzie mgnienie w historii Świata. Zobaczcie ile się zmieniło w  tej najbardziej strategicznej dziedzinie życia człowieka jaką jest seks. Niegdyś erotyczny, wręcz perwersyjny film Der blaue Engel (Błękitny Anioł), którego scenariusz powstał na podstawie powieści Henryka Manna Profesor Unrat. Henryka, brata tego Tomasza, Noblisty od Czarodziejskiej góry i Śmierci w Wenecj. To pierwszy niemiecki film film dźwiękowy, nakręcony w 1930 roku przez urodzonego w Austro - Węgrzech Josefa von Sternberga. Notabene trzy lata później Niemcy zafundowali sobie  - konsekwentnie - austriackiego premiera.
I niezapomniana Marlena Dietrich:

 
Historia upadłego nauczyciela z pruskiej szkoły (dobrze się Wam kojarzy: z pruskiej) zgubionego przez miłość do szansonistki.
Wniosek banalny: cenzorzy to ludzie nie mający bladego pojęcia o tym co cenzurują, bo przecież profesor Immanuel Rath cenzurował fotografie kobiety, którą pokochał, której pożądał. Czystą i niewinną miłością pruskiego belfra.
Albo: cenzorzy to ludzie wybitnie obeznani z tematyką, którzy ugrzęźli w dziedzinie złej i występnej po pachy. Biada im.
piątek, 25 lipca 2008
Kiedyś pisałem o żarcie Quentina Tarantino w jego kultowym filmie "Pulp Fiction". Wspominałem tam, że pomysł ten - le Big Mac - skopiował z reklamy francuskiego samochodu Renault 5. Pochodzącej jeszcze z lat siedemdziesiątych frazy: le Car, która przyjęła się w promocji francuskiego samochodu w USA.
Teraz skojarzyłem, że było jeszcze coś pomiędzy. Rok osiemdziesięty i moja ulubiona płyta zespołu Dire Straits - "Making Movies". Moim zdaniem najlepsza i najbardziej dojrzała, choć dziś bardziej pamięta się ich piątą płytę - album "Brothers in Arms".
Z tego mniej znanego albumu, chyba dziś najmniej znany utwór Les Boys:

W sieci znalazłem tłumaczenie piosenki:
Les boys robią kabaret
Les boys cieszą się, że są gejami
Teraz już się nie boją
Dyskoteka w Niemczech
Les boys cieszą się, że
Idą teraz w paradzie

Les boys mają skórzane płaszcze
Les boys mają czapki SS
Ale nie noszą już broni
Ubierają się lekko prowokująco
Teraz fajna jest odrobina sado maso
Teraz liczy się zabawa

Les boys znów przychodzą
Dla dziwek z wyższych sfer
Oraz buisnessmanów
Jeżdzących swymi Mercedesami
Do dyskoteki w starym München

Załapują żart, który robi DJ
To wyrprowdza ich z równowagi- zaczynają się mylić
Są kiepscy dla biznesu
Jakiś turysta robi zdjęcie
Les boys nie dostają nawet uśmiechu
On twierdzi, że na nic się nie przydadzą

A późną nocą, gdy wszyscy sobie pójdą
Les boys śnią o jean genet
Butach na obcasach i czarnym bercie
A plakaty na ścianach mówią
Les boys robią kabaret
Les boys cieszą się, że są gejami

Niezwykle wdzięczny, prawda? Dla mnie wzruszający. Zastanawiam się dlaczego tak zapomniany? W sieci nie ma wielu wielu informacji na ten temat. Można się zastanawiać czy Mark Knopfler świadomie nawiązał do filmu Boba Fosse'a "Kabaret"? Czy znał historię i sprawę "Nocy długich noży" i związanego z nią Ernsta Röhma, pierwszego homoseksualisty III Rzeszy? Czy ta piosenka jest niepoprawna politycznie?
Nie wiem, pewnie nigdy się nie dowiem. Pamiętam za to, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem Monachium, byłem zauroczony, łaziłem całą noc samotnie po mieście. Znałem już wówczas utwór "Les Boys", ale wcale mi nie przyszedł wówczas do głowy, nie pomyślałem o nim. Nad ranem spotkałem jakiegoś lokalnego pijaczka, kóry zwrócił uwagę, że wciąż fotografuję, pewnie wyczuł mój zachwyt. I powiedział mi tak: tak, Monachium to jest to, ale kiedy zobaczysz Heidelberg, zapomnisz o tym mieście. Wprawdzie był pijany, ale mówił do mnie z tym ich fajnym bawarskim akcentem. Kilka dni później zobaczyłem Heidelberg, Ulm i Stuttgart, ale wcale nie zapomniałem o Monachium. Do dziś je pamiętam i widzę jak wtedy.
Byłem wówczas młodym chłopakiem i miasto wydawało mi się strasznie stare. W Heidelbergu wstąpiłem, zupełnie nieświadomie, do burdelu. Byłem zbyt młody by wiedzieć jak wyglądają puffy. Kiedy wszedłem zobaczyłem tak stare prostytutki, że zdawało mi się, że obsługiwały jeszcze żołnierzy Pattona. W tym rejonie Niemiec wszystko jest stare. A Knopfler nie wiedział, że w Monachium nie robi się mercedesów, tam produkują BMW.
sobota, 08 grudnia 2007

Tak, tak, będzie o dzielnicach z czerwonymi latarniami

Rotlichtviertel

Rosse buurt

Un quartier chaud,

Quartiere a luci rosse

歓楽街

赤線

Nie napiszę o ciemnych stronach przemysłu związanego z seksem. O przemocy, przestępczości. O cenach i ofertach też nie, bynajmniej. Podzielę się z Wami moimi impresjami, poszukam jasnych stron czerwonych latarń. Nie będę rozpaczał nad złem tego świata i krzywdą poniżanych kobiet. Z całą pewnością są tysiące takich miejsc w sieci, gdzie inni użalają się, wzburzają, protestują i apelują, i wyrażają pogardę czy dystans do tych miejsc, do zła tego świata.
Dla mnie w tych najciemniejszych miejscach pod latarniami, znajduje się coś niezwykle ciepłego, wzruszającego, coś nieskalanego i czystego, tylko trzeba spojrzeć na rzecz z innej perspektywy. Nie znam jeszcze słów, którymi wypowiem, co czuję. Posłużę się obrazami z sieci i słowami, które w takich miejscach słyszałem. Poczuję zapach ciasnych, spoconych ulic, wbrew pozorom w Europie należących do najbezpieczniejszych dzielnic miast. Może poczuję portową bryzę z oceanu czy pustynny gorący wiatr? I melodię czerwonych świateł.

Pamiętaj zasady: na czerwonym stoisz, ja idę:

 


Prostytutka jest dumna, bo bierze pieniądze za mniej lub bardziej fachowo wykonaną pracę. Nie przerobią jej ciała w programie komputerowym, nie upudrują do kamery jak gwiazdy show biznesu. Klient widzi ją prawie rozpakowaną, bez reklamowej ściemy, bez wirtualnego make up. Oboje są towarem, a w całym tym paradoksie udawanej, sprzedanej miłości, są blisko, najbliżej jak tylko może być kobieta z mężczyzną, w sensie fizycznym. Choć nie znają swych imion, ona wybiera imię dla niego, jeśli zechce, on opowiada jej prawdę, taką, której nie powiedziałby nikomu, najprawdziwszą z prawd, powierza jej.

Nie zawsze tak jest, ale bywa, tak jak w życiu, tylko szybko i prosto.

Za pięćset dolarów możesz pieprzyć mnie w tyłek, możesz skończyć na mojej twarzy, ale uważaj na moje włosy, bo właśnie je umyłam. Cała reszta jest twoja, tylko nie włosy.
Muszę coś zatrzymać dla siebie, włosy są tą intymnością, której nie kupiłeś.

Ben nie chciał nawet dotknąć jej włosów, choć przepłacił, wykładając pięćset dolarów. Włosy anioła są niedotykalne.







site statistics