|
Per vaginam ad astra
piątek, 13 listopada 2009
W całych tych zamieszkach, zawirowaniach i zawieruchach anty i proaborcyjnych nie daje mi spokoju jedna rzecz. Choć, jak często zaznaczałem jestem – ze względów pragmatycznych – zwolennikiem pełnej liberalizacji tego zabiegu. Niechże dzieci, najprawdopodobniej ludzie z przyszłością podlegają całkowitej gestii kobiety – matki, jej troskliwym organizacji i zarządzaniu. Przekonuje mnie argument, że przecież mówimy o niejasnej przyszłości, kogoś kto się nie urodził, używając przy tym argumentów z przeszłości. Przeszłość jest bardzo moja i osobista, przyszłość zaś wspólna. Co mnie niepokoi? Otóż, zbrodnie dokonane na kobiecie w ciąży, są przez ogromną większość ludzi traktowane jako przestępstwa szczególnie okrutne. A i sądy są niepowściągliwe przy wydawaniu wyroków na mordercach czy gwałcicielach kobiet w ciąży. Pominę już aspekt szczególnej ochrony prawnej kobiety brzemiennej. Bo jeśli płód jest li tylko prywatną, osobistą, wręcz intymną sprawą kobiety, niezrozumiałym jest dla mnie szczególne i surowe traktowanie morderców kobiet – nawet w bardzo widocznej – ciąży. Morderca zabił jedną osobę, zgwałcił jedną, dlaczego wyrok ma być surowszy? Dokonał zbrodni na kobiecie z jej osobistą rzeczą, o której ona sama decyduje.
Odkąd zacząłem cokolwiek pamiętać, miałem już w wielu umysłach zapisaną m o j ą przeszłość. Choć czy ja wiem, miałem jakąś swoją historię, nim pojawiłem się w spisach ludności, metrykach, dokumentach szpitalnych, lekarskich księgach urlopów macierzyńskich? W mojej pamięci nie miałem jej jeszcze długo potem. Niebawem zaczną odchodzić - mam nadzieję, że przede mną, bo taka jest naturalna kolejność umierania – ludzie którzy mają pamięć o mnie. Wówczas moje umieranie zacznie nabierać przyspieszenia. Na końcu zrobią z moim ciałem co zechcą, o to się nie martwię. Stanę się nieświadomy jak płód w łonie kobiety. Choć będę podlegał niemającym dla mnie znaczenia prawom o ochronie martwych i ich pamięci. Będę świecił w obojętnych mi zniczach i spoglądał z matowych fotografii. Wówczas ta przewaga, ten handicap historii zapisanej w moim umyśle wobec usuniętego płodu, straci zupełnie na wartości. I to jest moja, s u b i e k t y w n a p r z y s z ł o ś ć, tyle samo warta co oczekiwania i nadzieje usuniętego płodu niechcianej ciąży.
niedziela, 08 listopada 2009
Teatry, które w swej niepozornej wiedzy, są w fazie plateau, dla zbłąkanego turysty są już dawno martwe. Bo one są nieżywe, tylko jeszcze nie mają owej świadomości swego nieistnienia. Pokraczni aktorzy o utrwalonych gestach, niezdolni zagrać niczego nowego, choć z utęsknieniem patrzący na rozkłady jazdy pociągów, które już od dawna nie kursują.
wtorek, 03 listopada 2009
Julio Cortázar pisał w jednym ze swych szkiców czy esejów, że w literaturze iberoamerykańskiej (łacińsko - amerykańskiej) to jak i o czym warto pisać, zaczyna się od Borgesa. Bo to on wyznaczył poziom, poniżej którego nie warto się pisarzowi trudzić. Pisząc blog, możemy, prędzej bądź później, dojść do wniosku, iż nie warto pisać o rzeczach, o których napisali już inni i zyskali dzięki temu uznanie komentatorów i wyszukiwarek. Takie coś może nas zniechęcić, bo znany blogopisacz może mieć mniejsze pojęcie o konkretnej sprawie, ale i tak do niego trafią czytający. Może pisać słabo, gorzej, nawet byle jak, ale czytając go, zerkamy nań ze świadomością, iż uznanym i popularnym blogrerem jest i ma zachwycać. Od tego kompleksu może nas uwolnić jedynie zdyscyplinowane i konsekwentne nieoczytanie blogów, a może i nawet żadnych sieciowych publikacji. Sam zauważyłem pewien paradoks, który najpewniej jest wyjątkiem od reguły: kiedy zaprzestałem czytania i komentowania blogów, nie komentowałem żadnych forów, nie czytałem w sieci niczego, poza niezbędnymi mi informacjami o rynkach finansowych i pogodzie, moja pozycja w wyszukiwarce, której imienia nadaremno wymieniać nie będę, zaczęła rosnąć. Pisałem jeden, dwa teksty na miesiąc, a lokalny ranking mi wzrastał. Nie wnikam w to czy to paradoks, czy odstępstwo od reguły. Gdyby ktoś próbował takich eksperymentów, nawet całkiem przypadkowo, zalecam umiar. Nadmierna popularność oscyluje na granicy zawiści innych, piszących blogaski, a także zwraca uwagę administracji, która może przyjść i zażądać haraczu albo uległości. Ja dywersyfikuję swój portfel blogowy, piszę na kilku blogach, w różnych platformach. A gdy zaczynam się nadto - wiem, że dzieje się to zupełnie przypadkowo - wznosić ponad bezpieczny pułap, zatrzymuję się, przenoszę w inne miejsce. By nie budzić zbędnych podejrzeń u kontrolerów blogowych lotów. Samo pisanie krótkich impresji, pamiętników przeznaczone jest dla pośledniej i amatorskiej ligi literatów, ludzi o słabej pamięci i niezdolnych do odtworzenia prawdy. Choćby po latach. Powieść to jest wyzwanie! Konsekwentna, zgodna z regułami logiki i matematyki. Blogowa notatka może żyć jasno i kwieciście, eksplodować flarami popularności, a za parę dni, ten sam autor, napisze coś zupełnie odwrotnego, a o tamtym wybuchu już nikt nie będzie pamiętał, nawet on sam, że przecież miał zupełnie inne zdanie w danej sprawie. Ale tak właśnie miało być, miałem przejść sobie, tym długim niepotrzebnym spacerkiem przez blogoprzestrzeń, przez jej kiczowate i sztuczne alejki, by dojść do wniosku, jak ważni byli dla mnie mistrzowie literatury z licealnej młodości. Teraz wracam do nich, nadrabiam. Czytam wszędzie, w oczekiwaniu w wielogodzinnych kolejkach u lekarzy, by uzyskać upragnioną receptę na zbawienny i antyświński rutinoscorbin. Na fotelu u dentysty czytam Nabokova i żałuję, że nie mogę robić tego na głos. W kolejce w agencji towarzyskiej, moje zniecierpliwienie, aż wywołają mój numerek, wypełnia Philip Roth. Ale nie opowiadam tego opalonej, pachnącej kadzidłem dziewczynie, dla której jestem anonimowym klientem. Nie przeszkadzam jej w pracy, ale wiem na pewno, że nie czytała tych książek co ja, a już na pewno tych samych blogów. Tych ostatnich nie czytała z pewnością żadnych.
czwartek, 29 października 2009
Zbliżający się melancholijnie, w błotnych liściach i gorącej czekoladzie w długim zmierzchu, środek jesieni i idący za nim początek listopada, przywołują myśli o śmierci. Nie, to nie tak, że są one nieobecne w innych momentach, objawiają się lękiem w różnych chwilach, przekształcają się w bardziej wyraźne, bezkształtne fobie. Chyba dość wcześnie przestałem być nieśmiertelny, bo w wieku około sześciu lat, kiedy to zrozumiałem, że śmierć będzie mi już towarzyszyć na zawsze. Relatywizm słowa "zawsze" zrozumiałem nieco później. Doświadczenie uczyło i uczy, że jednak jestem nieśmiertelny, bo przecież umierają inni, nie ja. A to, że wszyscy wokół są ludźmi, wcale nie dowodzi, iż sam jestem człowiekiem. Śmiertelnym. Sam niebyt i nirwana są kolejnym stanem, ale czy wiecznym, czy jedynie przejściowym doświadczeniem. Czymś czego nierzadko przecież doświadczamy we śnie. Życie w pustce jest życiem, jego żelazną konsekwencją. To dowodzi pośrednio, że jednak życie wieczne istnieje.
Wizyty na grobach działają na mnie kojąco. Nie jest to uspokojenie jakie towarzyszy trzydziestolatkowi, który widzi czterdziestolatka w wyśmienitej formie (a ta sugerowałaby długi czas życia, nawet handicap wobec kogoś pełnego życia). Nie jest to również szczęście i półblady uśmiech, że to jeszcze nie ja i nie dziś, nie teraz. To kwestia odległości, bo czas jest tu bardzo względny i subiektywny. Nuda i oczekiwanie przedłużają życie, choć wskazówki zegarka pędzącego człowieka poruszają się w tym samym tempie, co myśliciela. Penetrującego w nostalgii może albo skupieniu i poszukiwaniu, oczekującego z ciekawością na śmierć. To nie są myśli niespokojne. Bo jeśli umiera dziecko w łonie martwej kobiety (jak na przykład zamordowanej, będącej w ciąży żony Romana Polańskiego Sharon Tate), to jak je nazwać? Martwym płodem czy denatkiem, trupiątkiem? Los, jego zrządzenie, wyrok siły wyższej? To tylko jedno z pytań bez odpowiedzi. Święto Zmarłych daje nam szansę iluzji wizyty w tym nieznanym - i jak na razie ekskluzywnym - dla nas klubie i opłacenie karty członkowskiej. Drzewa, prześwitujące przez nie czasem niesłoneczne niebo, zapach ognia i wspomnienia o drobiazgach z życia tych, całkiem nietymczasowo nieobecnych, wprawiają w radość nieeuforyczną, ale spokojną i trwałą. Wiem, że tu już nic im nie zagraża, żadne lęki, bóle i rozczarowania, są bezpieczni. I ja pośród nich niezagrożony, nabierając pewności o czymś nieuniknionym, czymś co paradoksalnie znowu dowodzi mojej nieśmiertelności.
I ty zaczniesz się kurczyć wraz z nim w tej twej siermiężnej i nieszczęsnej doli. Uśmiechając się jednak czasem, pogrążony w marzeniach o pięknych i nęcących kobietach, których nigdy nie będziesz miał.
poniedziałek, 26 października 2009
To nieczęsty widok w czasie corridy, kiedy byk powala konia. Konie są tu ciężkie, a pikadorzy, którzy ich dosiadają, nierzadko otyli, może i czasem pijani. Przynajmniej tak twierdził zawsze Hemingway, że pikadorzy są niespełnionymi matadorami albo takimi toreros, którzy mają już swą karierę za sobą. Że to alkoholicy, ludzie smutni, pogrążeni w depresji. Sam mogę to potwierdzić, bo widziałem takie wywrotki i pikador był często gruby. I jak jego koń wielki.
Spektakl z końmi jest krótki, stanowi jedynie dodatek i preludium dla punktu najważniejszego: walki matadora z bykiem. Muletą i szpadą.
Śmierć matadora to rzadkość w tych spektaklach, niemniej, zdarza się. I wtedy, kiedy aktor umiera na scenie, teatr staje się życiem. Rogi byka zaś śmiercionośną bronią tego byczego gladiatora.
wtorek, 20 października 2009
Jakże ja to uwielbiam, gdy na blogach widzę deklaracje: jestem nonkonformistą, kontrowersyjnym, bezinteresownym człowiekiem. Moje teksty nie znają kompromisów. A jeśli jeszcze przy tym wymachują legitymacją partyjną Syndykatu Bloksowego albo są często forowani obecnością na jedynce, wówczas brzmi to całkiem szczerze i uczciwie. Dla człowieka kontrowersyjnego, sama oryginalność płynie z bycia sobą, a nie na pozowaniu i deklaracjach. Czyż kobieta piękna musi tatuować sobie na dekolcie napis jestem piękna? Czy musi wyszyć sobie na dżinsach, w części opinającej tyłek, że jest zgrabna? W trumnie z Peweksu będziesz wyglądał jak żywy.
|
Archiwum
Ostatnie notki
|