Per vaginam ad astra
Blog > Komentarze do wpisu

Jesień blogopisacza

Julio Cortázar pisał w jednym ze swych szkiców czy esejów, że w literaturze iberoamerykańskiej (łacińsko - amerykańskiej) to jak i o czym warto pisać, zaczyna się od Borgesa. Bo to on wyznaczył poziom, poniżej którego nie warto się pisarzowi trudzić.
Można się zastanawiać, co byłoby, gdyby. Jeśliby Borgesa nie było, nie byłoby Cortázara. A może gdyby ten ostatni i nie znał, i nie czytał "Alefa" czy "Fikcji", wyzbyłby się kompleksu Borgesa i tworzyłby całkiem inną, niepoprawną - ibero – politycznie literaturę. Być może.
I nie ma tu znaczenia co sądzę o obu pisarzach, bo to, że obydwu uwielbiam, nie ma przecież sensu dla początku i pointy mojej notatki. A te czytane są najchętniej (często jedynie) przez blogoczytaczy.
Julio Cortázar nie mógł nie znać Jorge Luisa Borgesa, bo żył nieco po nim (choć żył krócej i zmarł wcześniej) i był – tak jak ostatni – Argentyńczykiem. Dziś też nie da się nie znać pewnych rzeczy, usłyszeć o nich, mieć choćby pobieżne pojęcie o pewnych ludziach.

Pisząc blog, możemy, prędzej bądź później, dojść do wniosku, iż nie warto pisać o rzeczach, o których napisali już inni i zyskali dzięki temu uznanie komentatorów i wyszukiwarek. Takie coś może nas zniechęcić, bo znany blogopisacz może mieć mniejsze pojęcie o konkretnej sprawie, ale i tak do niego trafią czytający. Może pisać słabo, gorzej, nawet byle jak, ale czytając go, zerkamy nań ze świadomością, iż uznanym i popularnym blogrerem jest i ma zachwycać. Od tego kompleksu może nas uwolnić jedynie zdyscyplinowane i konsekwentne nieoczytanie blogów, a może i nawet żadnych sieciowych publikacji. Sam zauważyłem pewien paradoks, który najpewniej jest wyjątkiem od reguły: kiedy zaprzestałem czytania i komentowania blogów, nie komentowałem żadnych forów, nie czytałem w sieci niczego, poza niezbędnymi mi informacjami o rynkach finansowych i pogodzie, moja pozycja w wyszukiwarce, której imienia nadaremno wymieniać nie będę, zaczęła rosnąć. Pisałem jeden, dwa teksty na miesiąc, a lokalny ranking mi wzrastał. Nie wnikam w to czy to paradoks, czy odstępstwo od reguły.

Gdyby ktoś próbował takich eksperymentów, nawet całkiem przypadkowo, zalecam umiar. Nadmierna popularność oscyluje na granicy zawiści innych, piszących blogaski, a także zwraca uwagę administracji, która może przyjść i zażądać haraczu albo uległości. Ja dywersyfikuję swój portfel blogowy, piszę na kilku blogach, w różnych platformach. A gdy zaczynam się nadto - wiem, że dzieje się to zupełnie przypadkowo - wznosić ponad bezpieczny pułap, zatrzymuję się, przenoszę w inne miejsce. By nie budzić zbędnych podejrzeń u kontrolerów blogowych lotów.

Samo pisanie krótkich impresji, pamiętników przeznaczone jest dla pośledniej i amatorskiej ligi literatów, ludzi o słabej pamięci i niezdolnych do odtworzenia prawdy. Choćby po latach. Powieść to jest wyzwanie! Konsekwentna, zgodna z regułami logiki i matematyki. Blogowa notatka może żyć jasno i kwieciście, eksplodować flarami popularności, a za parę dni, ten sam autor, napisze coś zupełnie odwrotnego, a o tamtym wybuchu już nikt nie będzie pamiętał, nawet on sam, że przecież miał zupełnie inne zdanie w danej sprawie.

Ale tak właśnie miało być, miałem przejść sobie, tym długim niepotrzebnym spacerkiem przez blogoprzestrzeń, przez jej kiczowate i sztuczne alejki, by dojść do wniosku, jak ważni byli dla mnie mistrzowie literatury z licealnej młodości. Teraz wracam do nich, nadrabiam. Czytam wszędzie, w oczekiwaniu w wielogodzinnych kolejkach u lekarzy, by uzyskać upragnioną receptę na zbawienny i antyświński rutinoscorbin. Na fotelu u dentysty czytam Nabokova i żałuję, że nie mogę robić tego na głos. W kolejce w agencji towarzyskiej, moje zniecierpliwienie, aż wywołają mój numerek, wypełnia Philip Roth. Ale nie opowiadam tego opalonej, pachnącej kadzidłem dziewczynie, dla której jestem anonimowym klientem. Nie przeszkadzam jej w pracy, ale wiem na pewno, że nie czytała tych książek co ja, a już na pewno tych samych blogów. Tych ostatnich nie czytała z pewnością żadnych.
Wychodzę w słoneczne, prawie mroźne, listopadowe powietrze i dziękuję wszystkim kolorowym pismom i dodom, wojewódzkim, i ibiszom. Dziękuję błogosławionym serialom i popularnym, znamienitym blogerom, że zmusili mnie do ucieczki, że doceniłem tę błogą nieświadomość ich istnienia i kompletny brak zainteresowania nimi. Prostuję się i patrzę uśmiechnięty na spadające liście. Kocham jesień, bo jest jedyną kobietą pośród pór roku, której imię nie kończy się na "a".Nie zwróciłem uwagi dziś rano w lustrze, ale na pewno mam na skroni parę siwych włosów, które błyszczą w tym listopadowym, ostrym słońcu.

 

wtorek, 03 listopada 2009, proces7
Komentarze
2009/11/03 13:18:29
Napiszesz powieść, Proces?
-
2009/11/03 13:24:00
Napisałem już kilka i wydałem. Ale to dawno było, teraz nie mam czasu, seks, a raczej jego obsesja, pochłaniają mi czas.
-
2009/11/04 09:29:38
Napisz więc kolejną o seksie, albo raczej o jego obsesji.

A stare przeczytałabym.
-
2009/11/26 09:57:05
ja też kocham jesień i dlatego uciekam na długi jenienny spacer...powrócę tu jutro....
-
2009/11/26 21:33:09
Poczekam. Z niecierpliwością rzecz jasna. Skoro obiecałaś, można rzec: umówiłaś się nawet ze mną.
-
2009/12/09 15:41:13
''Zapachniało powiewem jesieni,
Z wiatrem zimnym uleciał słów sens.
Tak być musi,
Niczego nie mogą już zmienić,
Brylanty na końcach twych rzęs...''

Będę '' bywać'' tu u Ciebie ;)






site statistics