Zbyt dużo razy widziałem ten film, w którym sam grałem. I nie chcę już patrzeć, statystować nawet, w tej operze mydlanej jaką jest czat.
Za parę tygodni proces7 zgaśnie też w umysłach ludzi, którzy będą tam dalej grać i spoglądać. Stąd i umrą moje kontakty, które też wielce zażyłe nigdy nie były.
Dużo słów o czacie na tym blogu. Taką miał genezę i o życiu wirtualnym miał opowiadać. Pewnie, że czat nie jest zjawiskiem, przestrzenią nad którą warto się bardziej zastanawiać niż nad uchylonym rąbkiem sukienki gwiazdy mediów z objawionym w obiektywie paparazziego kawałkiem jej cycka. Prawdopodobnie obserwowanie czata nie jest też zajęciem cudowniejszym niż pokazywanie byłego prezydenta pijanego na jakimś wykładzie. Być może ciekawsze jest czytanie wysokonakładowych pism, które na akrach reklamowych upraw wstawiają drobne teksty o kochanicach byłych polityków i samochodach innych ważnych ludzi, którzy tańczyli na lodzie i wstrząsnęli światem. Wraz z zamknięciem rozdziału z życia procesa7, który nazwa się czat, kończy się też sens tego bloga. Mam w głowie kilka historii, parę impresji, które kiedyś chciałem opowiedzieć i może opowiem. Ale chciałbym nadal pisać, o sobie, o moim pierwszym czerwonym samochodzie, który nazwałem “Liliana”, o takiej jednej dziewczynie z podstawówki, z którą przeżyłem swój pierwszy pocałunek, w tańcu, przy piosence Smokie- Living Next Door to Alice i o paru innych rzeczach. Myślę sobie, że ten blog nie jest stosownym miejscem na takie rzeczy. Niestosowne są zarówno miejsce, jak i czytelnicy. Nie pasuje tu też mój pseudonim, który jest mniej zabawny niż przedtem. Ponure i żałosne byłyby zwierzenia emerytowanego klauna czatowego, a do Heinricha Bölla mi kurewsko daleko. Czuję, że powinienem moim znajomym też parę spraw wyjaśnić, zatem ten blog nie jest dokończony. Owszem, byłby niekończącą się historią, gdyby dla mnie trwał czat. Powinienem go jakoś zamknąć, a potem wyrzucić, jak zwykłem to czynić ze zbędnymi i niepotrzebnymi, czasem fajnymi rzeczami. Z praktyki czatowej wiem, że znajomości zawarte na czatach wygasają. Czasem za czymś zatęsknimy, ale to złudzenie, bo fajne są marzenia o powrotach, zaś same powroty nie są już pasjonujące. Z czasem mniej mnie też będzie na forum, bo dla mnie te dwa mechanizmy były sprzężone. Nie związane w istocie swej tematyką, a ludźmi, którzy kryli się za pseudonimami. Będzie też tu zerkać coraz mniej ludzi z czata, bowiem nie będę pisał o lokalnych skandalikach, nie będę miał powodów narzekać na głupców, którzy uzależnieni od czata, sami odcinają się od narkotyku. Bo czat Tlenu usycha i jednego dnia umrze. Pewnie jakiś czas będą się tam kręcić czatowe zombie, zagubione w labiryntach pustych pokojów, pozostając w iluzji trwałości wirtualnych więzi. Ostatni sjuperjuzerzy, operatorzy i administratorzy pokojów wybanują siebie nawzajem. Tych ostatnich skasują ich zbuntowane boty. Nie lubię samotności jeźdźca blogowego, ale jak napisałem, wypróbuję tę formę i opowiem kilka prawdziwych historii z mojego życia. Wolałem grę zespołową, jaką był czat czy forum. Ale sezon rozgrywek ligi czatowej się zakończył dla mnie, bo wygasł mój kontrakt i nie stanę już na żadnej liście transferowej. Koniec kariery gracza, tak to można określić. Może kiedyś gdzieś na jakimś boisku zagram w oldbojach, ale na razie nie planuję wcale. Moje czatowe gagi i knify są już dla mnie nudne, od dawna nie mam z nich żadnych inspiracji czy korzyści. To moje spojrzenie, bo jeśli ja nie widzę tam inspiracji, to nie znaczy, że inni nie mogą się tam wzruszać, dziwić, buntować, poznawać. Zbyt dużo razy widziałem ten film, w którym sam grałem. I nie chcę już patrzeć, statystować nawet, w tej operze mydlanej jaką jest czat. Za parę tygodni proces7 zgaśnie też w umysłach ludzi, którzy będą tam dalej grać i spoglądać. Stąd i umrą moje kontakty, które też wielce zażyłe nigdy nie były. Czaty jakie poznałem kilka lat temu są inne, ludzie nie są już tak na nich intensywnie obecni, przeglądają przesyłane sobie pliki muzyczne, filmy, pielęgnują swe blogi. Minęły te czasy, kiedy spędzałem kilkadziesiąt minut dziennie na czacie, ale intensywnie, a rozmowa tam była jedynym kanałem informacyjnym. Dla wielu doszły teraz filmy, tuby z muzyką, kilka rozmów prywatnych, Google i przeglądanie sieci, podpisywanie na blogach. Większość ma swe telewizory, więc kino zostało zamknięte, bo nikt już tam nie chodził. Upadłe kino, które niebawem zostanie zapomniane.
Kadry pochodzą z filmu “Ostatni seans filmowy”, reżyseria Peter Bogdanovich, 1971.
[Notka pochodzi z moich wirtualnych impresji na WordPressie, napisana 6 stycznia 2008 roku]