Per vaginam ad astra
Blog > Komentarze do wpisu

Nieśmiertelny

Zbliżający się melancholijnie, w błotnych liściach i gorącej czekoladzie w długim zmierzchu, środek jesieni i idący za nim początek listopada, przywołują myśli o śmierci. Nie, to nie tak, że są one nieobecne w innych momentach, objawiają się lękiem w różnych chwilach, przekształcają się w bardziej wyraźne, bezkształtne fobie.

Chyba dość wcześnie przestałem być nieśmiertelny, bo w wieku około sześciu lat, kiedy to zrozumiałem, że śmierć będzie mi już towarzyszyć na zawsze. Relatywizm słowa "zawsze" zrozumiałem nieco później. Doświadczenie uczyło i uczy, że jednak jestem nieśmiertelny, bo przecież umierają inni, nie ja. A to, że wszyscy wokół są ludźmi, wcale nie dowodzi, iż sam jestem człowiekiem. Śmiertelnym.
Trudno nazwać stosowaną przeze mnie terapię przed tym lękiem, nieznanym stanem. Z pewnością pogarda i mówienie sobie, że przecież świat pozostanie jakim był beze mnie, nie będę czuł smutku po sobie, kiedy opuszczę Ziemię. Ta ostatnia kwestia jest dość absurdalna, bo sugerowałaby utratę grawitacji.
Ponoć naturalną jest złość, iż świat będzie się kręcił bez nas oraz wyobrażenie sobie własnego, martwego, rozkładającego się ciała, jak to kiedyś pisałem: w mule, pośród muszelek i wodorostów, bladego i wypełnionego mętną, zimną wodą z szuwarów. Ale nie, nie mam w sobie tej złości, może jest to przejściowe. Nie wiem.
Ale skoro codziennie, porannej filiżance espresso towarzyszy powietrze, widok nieba i zapachy, trudno mi wyobrazić sobie tę kompozycję beze mnie. Jeśli istnieje logika i język, z pewnością uniwersalny, zmarłych, nie jesteśmy w stanie opisać go jako żywi. Nieżywi, jeśli założyć, że trwają w jakiejś przestrzeni, dla nas niewyobrażalnej i niezdefiniowanej, wcale nie muszą mieć pamięci. Doświadczenia żywych. Co w konsekwencji daje, z punktu widzenia naszej logiki, ten sam efekt. A dyskusje na temat Boga i umierania, szczególnie jego ostatecznej i rozstrzygającej fazy, zamkną się w szeregu paradoksów.

Sam niebyt i nirwana są kolejnym stanem, ale czy wiecznym, czy jedynie przejściowym doświadczeniem. Czymś czego nierzadko przecież doświadczamy we śnie. Życie w pustce jest życiem, jego żelazną konsekwencją. To dowodzi pośrednio, że jednak życie wieczne istnieje.
Pragnienie zostawienia po sobie śladów, emocji, uczuć, budowli i wspomnień czy wrażeń, miałoby jedynie sens, gdybyśmy mogli patrzeć, odczuwać swoje dzieło. W innym razie nie warto zapisywać swego życia pośród tych z innej strefy czy sfery. Ja nie odczuwam takiej potrzeby.

Friedhofseingang
Caspar David Friedrich - Friedhofseingang (Wejście na cmentarz)

Wizyty na grobach działają na mnie kojąco. Nie jest to uspokojenie jakie towarzyszy trzydziestolatkowi, który widzi czterdziestolatka w wyśmienitej formie (a ta sugerowałaby długi czas życia, nawet handicap wobec kogoś pełnego życia). Nie jest to również szczęście i półblady uśmiech, że to jeszcze nie ja i nie dziś, nie teraz. To kwestia odległości, bo czas jest tu bardzo względny i subiektywny. Nuda i oczekiwanie przedłużają życie, choć wskazówki zegarka pędzącego człowieka poruszają się w tym samym tempie, co myśliciela. Penetrującego w nostalgii może albo skupieniu i poszukiwaniu, oczekującego z ciekawością na śmierć. To nie są myśli niespokojne. Bo jeśli umiera dziecko w łonie martwej kobiety (jak na przykład zamordowanej, będącej w ciąży żony Romana Polańskiego Sharon Tate), to jak je nazwać? Martwym płodem czy denatkiem, trupiątkiem? Los, jego zrządzenie, wyrok siły wyższej? To tylko jedno z pytań bez odpowiedzi.

Święto Zmarłych daje nam szansę iluzji wizyty w tym nieznanym - i jak na razie ekskluzywnym - dla nas klubie i opłacenie karty członkowskiej. Drzewa, prześwitujące przez nie czasem niesłoneczne niebo, zapach ognia i wspomnienia o drobiazgach z życia tych, całkiem nietymczasowo nieobecnych, wprawiają w radość nieeuforyczną, ale spokojną i trwałą. Wiem, że tu już nic im nie zagraża, żadne lęki, bóle i rozczarowania, są bezpieczni. I ja pośród nich niezagrożony, nabierając pewności o czymś nieuniknionym, czymś co paradoksalnie znowu dowodzi mojej nieśmiertelności.

 

czwartek, 29 października 2009, proces7
Komentarze
2009/10/29 22:01:00
mnie to najbardziej wkurza fakt, że wszystko toczyć się będzie dalej, bez mojego udziału ... że "koniec" zawita nieproszony, całkiem nie w porę i zupełnie przedwcześnie. Nie zapyta, czy może , tylko weźmie ...

"Wizyty na grobach działają na mnie kojąco." a na mnie zupełnie odwrotnie. Bo wtedy właśnie dochodzi do głosu ta "prawda", że to nas też czeka ...a o czym się zazwyczaj nie myśli, bo i po co?
-
2009/10/30 00:18:03
Kiedy byłam mała ogarniał mnie paniczny strach kiedy pomyślałam o możliwości mojego niebytu i chociaż momentami wydaje mi się, że już się z tym pogodziłam, że staje się to dla mnie naturalne, to gdzieś dziecko krzyczy, przy bliższym zastanowieniu, że to nieprawda.
Ale na cmentarzu, kiedy odwiedzam groby nigdy nie myślę o własnej śmierci, myślę o tych co odeszli, jacy byli... Lubię ten spokój i zamyślenie tego dnia.
Nieśmiertelny? :)






site statistics