Per vaginam ad astra
Blog > Komentarze do wpisu

Kolega nauczyciel

W końcu lat osiemdziesiątych przyjechał do mnie kolega z Niemiec, który dziś jest nauczycielem w Schwerinie. Uczy religii i muzyki. Zaczął pracować w początku lat dziewięćdziesiątych i nie miał najmniejszego problemu ze znalezieniem pracy, bowiem Schwerin leży na terenie byłej NRD, czyli w dzisiejszych wschodnich landach Niemiec. Tam nie było nauczycieli religii, bowiem system komunistyczny uważał ją za przedmiot zbędny.
W PRL kościół katolicki organizował lekcje religii i były one poza systemem edukacji, no i wówczas nikt nie narzekał, że każą mu się uczyć religii.
W ramach rekompensaty uczono w szkołach i na wyższych uczelniach ekonomii politycznej socjalizmu, opartej na myślach Marksa i Engelsa. Zaliczenie bądź egzamin z takiej ekonomii musiał mieć każdy student PRL. Tak jak musiał wiedzieć jak zwalczać nieprzyjacielskie czołgi Bundeswehry oraz usuwać skutki bombardowania napalmem przez amerykańskiego fightera.
Wracając do mojego kolegi, pochodzącego z miasta marcepanów- Lubeki, który wiele lat w mozole studiował, by zostać belfrem, to on też uczył się w wojsku jak zwalczać radzieckie czołgi T82, co nie przeszkadzało nam być świetnymi kumplami, oczywiście poza teatrem działań bojowych, które nigdy nie nastąpiły. Kolega pochodził z wielodzietnej luterańskiej rodziny, a jego dziadek walczył w kampanii wrześniowej. Jego dziadek wygrał, mój przegrał. Kampanię wygrał, wojnę przegrał, no ale mój przegrał pokój.
Kiedy był tu w Polsce, nie mógł się nadziwić, że matka naszej koleżanki zrezygnowała z pracy w szkole, by założyć kwiaciarnię. Bo właśnie on tak pilnie studiuje, żeby lepiej zarabiać, a nie musieć, jak jego brat, zapieprzać i sprzedawać kwiatki za mizerne pieniądze. W latach osiemdziesiątych niemieccy urzędnicy państwowi, a do takich należeli: nauczyciel, policjant, ksiądz katolicki, pastor w kościele protestanckim, zarabiali bardzo podobne pieniądze. Była to taka krajowa średnia, jednak zarobki rosły systematycznie, a państwo zapewniało im opiekę, bezpieczeństwo przed utratą pracy i sensowne emerytury.
Pisałem już na tym blogu o pojęciach uczciwości: handlowej, kupieckiej, a także zwykłej ludzkiej. W PRL-u miało to zupełnie inny wymiar, była to inna, diametralnie przestrzeń niż dzisiejsze czasy. Na przykład mój kolega uważał swojego brata, który budował swą sporą firmę ubezpieczeniową za przekręta i wręcz złodzieja. Wiecie dlaczego? Bo on na przykład, kiedy szliśmy na uroczysty obiad z okazji siedemdziesiątych urodzin uch babci, to brał rachunek na firmę. Może to nie byłoby w tym wszystkim najgorsze, ale za obiad płaciła babcia, a on wrzucał fakturę w koszt firmy! Kolega był oburzony i dziwił się, dlaczego babcia daje kasę jego bratu i uwielbia go, a nie jego.

W PRL było to wszystko pogmatwane, bo w zasadzie wiele rzeczy, które się normalnie robiło, władza uważała za nielegalne. Ale większość znanych mi wówczas pracowników fabryk, nie miała żadnych oporów by wynosić ze swego zakładu potrzebne im i innym rzeczy w życiu codziennym. I nie było to wówczas moralnie naganne. Tak jak nie było wtedy w moim pojęciu złe tak zwane podstawianie kolegów na zajęcia czy zaliczenia przykładowo z zajęć wojskowych na studiach. "Podstawianie" oznaczało wysłanie za butelkę wódki na te pół dnia wykładów kogoś kto miał czas posłuchać, ale może i ochotę się napić. Wówczas nie było też złem uchlanie się z jakimś pułkownikiem, który ów egzamin z przysposobienia wojskowego zaliczał.
Sporo takich spraw to są już zapewne nieuleczalne choroby ludzi skażonych PRL-em, takich jak na przykład ja. Nie mam żadnych oporów i piszę tę notkę z komputera firmowego choć siedzę w domu. Popijam espresso z firmowego Krupsa, a jeszcze kilka lat temu, kiedy byłem bardziej skrupulatny, a rządzili nami prawie ci sami, co w PRL-u, to i kawa, i cukier do niej, byłyby zapewne kupione na koszt firmy. I generalnie mam w dupie czy oszukuję urząd skarbowy i podatników czy po prostu dbam, by mnie nie dymano. Skoro już jesteśmy w temacie „dymania", to mam dla Was dość mocną fotkę

pin - up girl

Choć niestety, niezbyt wyraźną, bo skopiowaną firmowym skanerem. Ale pin - up girl pochodzi z kapitalistycznego świata.
Zupełnie tak jak wspominany tu wciąż przeze mnie PRL lat osiemdziesiątych i jego dwie strony.

sobota, 13 października 2007, proces7
Komentarze
2007/10/14 11:19:03
Bardzo ładna fotka, procu. Notka też fajna. To właśnie Niemcy zobaczyli "dwie strony" po połączeniu się w całość. Ci zachodni są w zdecydowanej większości prawi i porządni do bólu. A wschodni, to wiadomo...
-
2007/10/14 13:12:06
Fiu, fiu. Fotka pozostawiająca duże pole do popisu dla wyobraźni.
-
2007/10/14 13:32:36
No to kto kogo dymał, może to ustalmy? Wschód Zachód czy odwrotnie?
Wiem, że są lepsze fotki w sieci, ale ja trzymam się konwencji tego bloga. A może tylko cyklu?
Może będę tu dalej pisał, kiedy wyczerpię wszystkie obrazki z tego Playboya?
-
2007/10/14 13:35:19
Proc, a dużo masz jeszcze tych obrazków?

Proc, pewnie, że pisz. Opisz całe swoje życie seksualne. Chętnie poczytam ;)

-
2007/10/14 19:31:58
Przynoszenie potrzebnych rzeczy z pracy do domu, miało swoją nazwę, "zorganizowanie". Wszyscy organizowali jak umieli i w miarę możliwości. Biuraliści, tacy jak ja, papier, zeszyty, ołówki, długopisy, itp oraz artykuły higieniczne z papierem toaletowym na czele. Papier toaletowy był pod wydział i każdy trzymał swoją rolkę w biurku, bo w toalecie zaraz, ktoś by ją zorganizował. Pięknie to wyglądało, gdy pani urzędniczka przy kliencie, odrywała kawałek papieru z rolki i udawała się w wiadomym kierunku. Kalendarze też się organizowało, bo znakomicie nadawały się na prezenty gwiazdkowe. Jeśli chodzi o dymanie, to odbywało się ono ruchem posuwisto-zwrotnym za obopólną zgodą i dla wspólnej przyjemności.
-
2007/10/14 20:51:22
PS Dymani nie byli stroną w rozgrywce, nie mieli nic do gadania i zero przyjemności.
-
2007/10/14 21:32:40
Obrazków jeszcze trochę mam, a ze swego życia seksualnego już zupełnie niewiele pamiętam. Musiałby mi ktoś przypomnieć.
A co do dymania to były ruchy frykcyjne, choć wtedy nie wiedziałem, że one się tak nazywają.
Ale zobacz, taki papier to było łatwiej "zorganizować", a pomyśl jak ktoś pracował w fabryce czołgów. Lufę na gwiazdkę?
-
2007/10/15 17:04:39
"zupełnie niewiele pamiętam" - fajne to.
-
2007/10/16 02:12:07
Z fabryk i Stoczni też można było "zorganizować" ciekawe rzeczy. Np. w Stoczniach robiono różne odlewy z mosiądzu w kształcie świeczników, ramy do luster, kinkiety, lampy, mydelniczki. Wynoszono nawet takie długie rury szklane, zwane jarzeniówkami, wszystko było przydatne i miało siłę nabywczą. Naciekawsze były kontrole na tzw. bramie i opowieści z nimi związane.
-
2007/10/16 12:09:19
Nie burz mi mitu "Stoczniowca Sierpniowego", Katju.
-
2007/10/17 15:15:09
Wszyscy niemal zewsząd wynosili, najgorzej mieli prywaciarze bez zaplecza komunistycznego. :]

Melanie wyszła tutaj najładniej.
-
2007/10/17 19:26:33
Ok, sorry, juz milkne.
-
2007/10/17 19:33:53
Dla mnie w latach osiemdziesiątych Gdańsk był kolebką wolności i myśli antykomunistycznej.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to subiektywne widzenie człowieka z południa kraju.
Niemniej jednak, skoro wynosili ze stoczni, to w pewnym sensie rozmontowywali też potęgę radzieckiej floty, która blokowała wolności nasze porty.
-
2007/10/20 09:05:27
Człowiek tworzy system, a potem system modyfikuje człowieka. Każdy system, podobnie, jak i rewolucja, pożera swoje dzieci, oczywiście te, które najbardziej o to się proszą. Przechodzą przez przełyk, potem, poparzone sokiem żołądkowym cenzury idą dalej- krętymi drogami jelit cienkich. Końcowym punktem jest wydalenie zmodyfikowanego i zmienionego produktu. Są też osobnicy ciężkostrawni, którzy mogą stanąć kością w gardle lub spowodować biegunkę całego układu... :)
-
2007/10/20 19:29:52
Nie wierzę w to, że system może zmodyfikować człowieka. Może to idealizm.

Czy Ty jesteś Mary Ann Evans?
-
2007/10/20 21:20:36
Jestem dzieckiem ulicy. Odrobinę niedouczonym. Nawet system mnie nie chciał.:)
A propos modyfikacji. Człowiek ma w sobie założony instynkt samozachowawczy. W pewnych "klimatycznych" (politycznych) warunkach ludzie odkrywają w sobie nieznane im samym cechy, przecież nie koniecznie gnuśność. Tak przetrwała myśląca inteligencja po rewolucji 1917r. Czy moglibyśmy przeczytać dzieła Aleksandra Sołżenicyna czy Włodzimierza Nabokowa jeżeli byłoby inaczej?
A może to ja jestem niepoprawną idealistką? :)
-
Gość: Bartłomiej Witucki, 62.121.125.3*
2009/09/25 08:57:41
Szanowny Panie, Bardzo proszę o usunięcie zdjęcia pani Tressler z tekstu na Pańskim blogu. Dziękuję. W razie wątpliwości, proszę o kontakt mailowy: kancelaria@mecenart.pl
-
2009/09/25 20:12:53
Zdjęcie zostało usunięte. Pochodziło z grudniowego wydania niemieckiego Playboya z 1984 roku.
Pliki usunąłem też z zasobów tego bloga. Maila wysłałem do Pana, a kopię na adres pomoc@agora.pl. Przepraszam, nie miałem świadomości, że kadry z filmu, zamieszczone ćwierć wieku temu w kolorowym piśmie, mogłyby stanowić przedmiot czyichś roszczeń. Pozdrawiam.






site statistics