|
Per vaginam ad astra
Blog > Komentarze do wpisu
Nadindywidualistki CzatoweCzytałem ostatnio na Forum dyskusję na temat konformizmu normatywnego i jego aspektach w życiu czatowym. Z tego co zaobserwowałem to chyba większość woli mieć własne zdanie, nie ulegać naciskom grup, lobby czatowych czy innych towarzystw wzajemnej adoracji wirtualnej. Ale czy takie zdanie jest odrębne, inne, jeśli ów pogląd wyraża większość? Czy właśnie nie jest konformizmem ów szpagat i niezajmowanie pozycji. Czy to nie swoista moda i właśnie chęć zaistnienia? Z moich doświadczeń wynika, że tak. Weźmy na przykład kwestię dyskryminacji kogoś na czacie. Tak jak na przykład eliminacja mnie i ludzi ze mną związanych. Jeśli ktoś nie protestuje przeciw złu, jakim są rządy ćwoków w wirtualnych wioskach, miasteczkach czy megalopolis, to czy nie jest to właśnie konformizm normatywny? Nie chcemy poprzeć mniejszości, która ma rację, z jakichś tam powodów, by nie narazić się większości. Pominę już niekonsekwencję autorki listu, która z dumą i tęsknotą wspomina czasy bycia właśnie w grupie, czas współpracy z innymi i podporządkowania się pewnym zasadom czy nawet rygorom. Wielka Brytania, Francja w latach przed 1939 nie chciały zajmować żadnej pozycji, tkwiły długi czas w szpagacie, póki same nie zostały zaatakowane. Tak samo szpagat był wygodny dla Watykanu, który nie kiwnął palcem by zapobiec Holocaustowi. Początkowo ZSRR czerpał korzyści gospodarcze z wojny (Niemcy podobno mieli w czołgach, które zaatakowały Rosję Sowiecką ropę z Baku). Stany Zjednoczone wychodziły z kryzysu gospodarczego dzięki wojnie i bez zaangażowania się w nią dłuższy czas. Przecież mogły pozostać neutralne, przynajmniej w Europie. Bez narażania swoich obywateli brać wojenne łupy w postaci boomu gospodarczego. Amerykański szpagat był wygodny dla Amerykanów, wiemy doskonale ileż zabiegano o to, by USA przystąpiły do wojny. Choćby pamiętne przemówienie Churchilla przed Kongresem, czy do dziś niewyjaśniona sprawa dezinformacji wywiadowczej i niejasnej roli prezydenta Roosvelta przed atakiem Cesarstwa Japonii na Pearl Harbor. Wydaje mi się, że ludzie, którzy nie mają niskiej samooceny nie widzą problemu konformizmu i przymusu podporządkowania się grupie. Jeśli grupa spełnia moje oczekiwania ideowe, a mogę zacząć współpracę przy niewielkim kompromisie, to cóż stoi na przeszkodzie? Każdy wie, że z kompromisem mamy do czynienia wówczas, gdy obie strony wychodzą z negocjacji wygrane. Nigdy nie miałem problemu z zawiązywaniem koalicji i byciu konformistą. Nigdy też nie przyszłoby mi do głowy by wielokrotnie deklarować swą neutralność. Bo by być neutralnym, tkwić w szpagacie, to trzeba być silnym bądź zawrzeć sojusze z walczącymi stronami, które są od nas silniejsze, a my zawsze możemy znaleźć się na linii ognia. A to już jest konformizm, jak każdy pakt o nieagresji. proces niedziela, 20 maja 2007, proces7
|
|