"Nemeczek podniósł na niego swoje duże, niebieskie oczy i odparł: - Dobrze - powiedział cicho i już głośniej dodał: - Było mi znacznie lepiej niż tobie, kiedy stałeś na brzegu i wyśmiewałeś się ze słabszego. I wolałbym siedzieć w tej wodzie po szyję nawet do nowego roku, niż knuć z wrogami moich przyjaciół. Nie żałuję, że zanurzyliście mnie w wodzie. Poprzednim razem, kiedy sam wpadłem do wody, też cię widziałem wśród nich na tej wyspie. I choćbyście mnie zapraszali, przypochlebiali się, a nawet dawali prezenty, nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Możecie mnie wsadzić do wody po sto i po tysiąc razy, ja i tak przyjdę tu jutro i pojutrze! I schowam się gdzieś tak, że mnie nie znajdziecie. Nie boję się nikogo z was. A gdy przyjdziecie do nas, na Plac Broni, zabrać nam naszą ziemię, to będziemy na was czekać. I pokażę wam, że kiedy będzie nas dziesięciu, tyle samo co was, to zupełnie inaczej porozmawiamy. Teraz jestem tu sam. Łatwo było mnie pokonać! Silniejszy zawsze wygrywa. Pastorowie ukradli mi moje kulki w Ogrodzie Muzealnym, bo byli silniejsi. W dziesięciu łatwo stawać przeciw jednemu. Ale ja nie żałuję. Możecie mnie nawet zabić, jeśli wam się tak spodoba. Nie musiałem przecież włazić do tej wody. Wystarczyłoby przystać do was. Ale ja tego nie chciałem. Możecie mnie utopić, zatłuc na śmierć, ale ja nigdy nie będę zdrajcą, jak ten ktoś, kto stoi wśród was, o... tam... W tym momencie wyciągnął rękę i wskazał na Gereba, któremu śmiech uwiązł w gardle. Światło latarni padło na ładną, jasną głowę Nemeczka, oświetliło ociekające wodą ubranie. Odważnie, dumnie i ze spokojem patrzył Nemeczek Gerebowi prosto w oczy, a ten poczuł nagle jakiś ogromny ciężar na duszy. Spochmurniał i opuścił głowę. W tym momencie wszyscy umilkli i zapadła cisza niczym w kościele. Wyraźnie było słychać, jak z ubrania Nemeczka spadają na twardą ziemię krople wody. Milczenie przerwał głos Nemeczka: - Czy mogę odejść? Nikt mu nie odpowiedział. Zapytał więc raz jeszcze: - Nie zbijecie mnie? Mogę odejść? A ponieważ nadal nikt nie odpowiedział, Nemeczek powoli ruszył w stronę mostku. Wszyscy stali nieruchomo, nikt nie drgnął, żeby go zatrzymać. Chłopcy uświadomili sobie, że oto ten jasnowłosy malec jest małym bohaterem, w pełni zasługującym na miano prawdziwego mężczyzny... Stojący przy moście dwaj wartownicy, którzy widzieli wszystko, co zaszło, patrzyli w milczeniu na Nemeczka. Nie śmieli go nawet dotknąć. Kiedy Nemeczek wszedł na most, rozległ się grzmiący, głęboki głos Acza:, - Prezentuj broń!"
Ferenc Molnár Chłopcy z Placu Broni
Mój związek z Konfraternią (wcześniej Klubem) był szczególny i nie umiem tego dziś opowiedzieć, jak wtedy się czułem. Teraz z perspektywy czasu wiem, że kiedyś w necie byłem dość prosty i naiwny. Można powiedzieć, że czysty i nieskalany. Wiem, że to nic nadzwyczajnego, przecież każdy taki jest, nim nie zgłębi tajników i meandrów poruszania się po Internecie. Trudno mi też bezstronnie ocenić te wszystkie zmiany, ale sądzę, że po latach stałem się wyrachowany, cyniczny i sceptyczny. Chyba nawet zły, z pewnością gorszy niż wtedy, zanim zacząłem bywać w necie. Unikam wnoszenia tu jakichś moich realnych, bardzo osobistych i intymnych odczuć, ale nie mam sygnałów, by w resztkach mojego realnego życia,zaszły jakieś zmiany w moim odnoszeniu się do innych. Jeśli tak, to z pewnością in plus. Może to kosztem czatowo- internetowego zepsucia i zaniku pewnego rodzaju moralności wirtualnej u mnie, złagodziłem i nasłoneczniłem moją realną część? Sądzę, że tak.
Pamiętam do dziś swoje pierwsze wirtualne kontakty, potem czat, później związanie moje się z Konfraternią, teraz z Lokomotywą, Forum "Lot nad bocianim gniazdem". Unikam zbliżeń z ludźmi na czacie, mam na sobie ten pancerz dystansu i cynizmu. Nie opowiedziałbym ludziom z czata o tym, że mnie boli, o tym czego się boję. Czy jestem do końca taki pancerny? Nie, ta ironia to taka Linia Maginota, jakby atrapa twierdzy. I pewnie, że można mnie dotknąć, zbliżyć się do mnie. Tylko po co? Dziś już wiem, że jeśli Konfraternia była organizacją, to była ona pewnym moim wyobrażeniem związku, ale wierzyłem w to mocno, stąd jej miraż wydawał mi się jak najbardziej prawdziwy. W całej swej naiwności nie wziąłem pod uwagę, że my tam chodziliśmy na inne filmy i czytaliśmy różne książki. To była fajna przygoda wrócić do dzieciństwa w marzeniach, wyobrażeniach. Prostą rzecz, że Konfratrzy należeli do innych związków, choć to niby był ten sam, odkryłem niedawno. Tak jak odkrywa się wiele wirtualnych paradoksów. Bo tak jest z prostymi rzeczami, szczególnie jak bardzo chce się w nie wierzyć. Absolutnie nie mam żalu do nikogo, że należeliśmy do różnych Konfraterń. Mnie było dobrze z taką świadomością. To był taki powrót do dzieciństwa. Nie mam ambicji dziś być Madammą z Resursy, wyrosłem już z tego, tak jak wyrasta się z "Chłopców z Placu Broni". Rozumiem też ludzi, którzy mają ambicje i chcą mieć elitarne i szykowne blogi, jak choćby szarm. On nie chce mieć nic wspólnego z czatowymi krzykaczami, zbulwersowanymi idiotkami, ćwierćinteligencką masą czatowo- blogową i innego typu głąbami. A ja ich kochami uwielbiam, oni mnie kreują i dla nich piszę na forum, z pomocą moich przyjaciół wirtualnych. Dla niech też piszę ten mój brukowiec. Wiem, że to tanie, kiczowate, pretensjonalne, ale dla mnie wcale nie jałowe. Dla mnie to ma sens. Czasem przeraża mnie ta względność wielu spraw w necie. Ale wirtualne związki, wspólne zabawy, te mniej lub bardziej zorganizowane uwielbiam, tak jak każdy, kto uśmiecha się, gdy powraca do swego dzieciństwa.
ale dość godzina 11.24 powinnam być już po treningu, nie tego nie mogę odpuścić
i basta, do jutra drogi Procesie...